Nigdy nie należałam do pasjonatek malowania paznokci. Ale jak się tym interesować, gdy się za młodu obgryzało i się nie ma co malować?
Zwolenniczką tipsów i przedłużania paznokci też nigdy nie byłam. Ba! Byłam wręcz zagorzałą przeciwniczką.
Ale któregoś razu coś mi do głowy strzeliło, paznokcie zapuściłam, pomalowałam i całkiem się mi spodobało. Potem strzeliło mi jeszcze bardziej i się wybrałam, by zrobić tipsy.
Nie byle jakie tipsy i nie u byle kogo.
Tipsami zajmuje się moja przyjaciółka, Angela. I w wyniku mojego nagłego kaprysu stworzyła mi takie cuda:
Roboty z tym miała niemało, nerwów jeszcze więcej, ale efekt zachwycający i jak najbardziej polecam ją wszystkim chętnym :)
I gdy tak tworzyła mi te cuda, w którymś momencie rzuciła 'a czemu Ty się nie nauczysz tego robić?'. A mnie zatkało. Ja i grzebanie przy paznokciach? W życiu.
No i moje w życiu skończyło się zakupem podstawowego zestawu xD
Oczywiście Angela podzieliła się ze mną podstawową wiedzą, a reszta to na krzywy ryj... znaczy się... metodą prób i błędów ;D
Pierwsze osiągnięcia zachwycające nie były. Ani zbytnio mnie nie pociągała zabawa z tym. Najciekawszym dziełem były paznokcie siostry, serduszkowe.
Po tym wyczynie uznałam, że wcale mi się nie chce, nie umiem, nie lubię i nie będę. Cały sprzęt poszedł się kurzyć w szafie, a ja zajęłam się zupełnie czym innym. I tak się mi to kurzyło, leżało, aż w końcu dojrzałam i znowu się za to wzięłam.
Początkowo tylko na sobie, żeby się nauczyć. Sam żel. Żel na tipsie. Malowanie paznokci. Teraz zaczynam przygodę z przedłużaniem na formie. Dalej twierdzę, że nie umiem i że to nie dla mnie, ale jakoś tak coraz częściej nie odmawiam, gdy ktoś mnie prosi o zrobienie, a przykłady efektów zamieszczam poniżej.
Moje, kibicowskie:
Kuzynki (mojej najwierniejszej klientki <3) - żel na tipsie:
I znów moje, tym razem najświeższa robota - przedłużanie żelem na formie:
To moja druga próba tą techniką - jak wyszło? ;)
Przyznam, że rozważam jakieś kursy w przyszłości, aby mieć do kompletu do tego mojego fryzjerstwa (i planowanego po cichu wizażu) ;D
Ciekawe, co mi z tego całego rozważania i gdybania wyjdzie... :)
sobota, 22 lutego 2014
niedziela, 2 lutego 2014
Parę bzdur i przegląd maszynek marzeń ;D
W końcu jakiś spokojniejszy weekend.
A to znaczy, że znalazłam chwilę, by zająć się swoimi włosami i wybrać się na zakupy :)
Z efektu na włosach jestem dumna, w końcu udało mi się uzyskać kolor, który mogę nazwać naprawdę turkusowym.
Teraz zastanawiam się, czy nie dołożyć do tego jeszcze kilku fioletowych pasemek, będzie jeszcze bardziej kolorowo ;)
Jednak najpierw muszę im poprawić formę, bo wciąż nie odżyły po ostatnim rozjaśnianiu i różnica w jakości włosa turkusowego a czerwonego jest niesamowicie widoczna, choćby na tym zdjęciu.
Za to zakupy... z tych już aż tak zadowolona nie jestem. Nie dość, że były mało 'kobiece' - kupowałam maszynkę do strzyżenia i myszkę do komputera, to jeszcze ten pierwszy produkt spełnieniem marzeń nie jest. I choć nie mogę powiedzieć, bym specjalnie żałowała wyboru, to interesu życia nie zrobiłam.
Ale po kolei.
Maszynkę kupić musiałam, bo męskiego też się nauczyć trzeba i też tak klientów przyjmować ;)
Pierwszy mój zakup robiłam zaraz przed rozpoczęciem nauki i wtedy wybrałam najtańszą maszynkę, jaka była na internecie. Kierowałam się myślą, że to tylko na czas nauki i że szkoda inwestować w coś lepszego.
Po pierwszym użyciu zrozumiałam, że jednak maszynka poniżej 50 zł właściwie do strzyżenia się nie nadaje, bo samo utrzymanie jej w ręce to koszmar - duża, ciężka, nieporęczna, więc zaraz wylądowała na dnie szafki i nie zamierzam do niej wracać (za to chętnie oddam za przysłowiową czekoladę, gdyby ktoś chciał zrobić z niej jakiś użytek ;D).
Wtedy właśnie uznałam, że w takim razie kupię porządną, profesjonalną maszynkę, którą będę miała na lata - taka już inwestycja w przyszłą karierę fryzjerską ;)
Marzeniem była wtedy strzyżarka Moser Chrom Style 1871 - świetna firma, model polecany przez fryzjerów, świetne parametry. Tylko ta cena- około 500zł... w przecenie.
Długo byłam zdecydowana zaoszczędzić na nią i móc się chwalić swoim profesjonalizmem, ale w którymś momencie ktoś spytał mnie, czy wzorki też umiem wycinać.
I wtedy zwątpiłam w maszynkę marzeń. Przecież ona nie ma trymera. Kolejny wydatek i to wcale nie mały, bo kolejne 100zł co najmniej.
Zaczęły się kolejne poszukiwania, tym razem maszynki z trymerem w rozsądniejszej cenie. I tu profesjonalny sprzęt nie zawiódł - Tondeo Eco Tribal, maszynka z trymerem i szablonami do wzorków. Cena- trochę ponad 300 zł. I już miałam ją kupić, gdy znowu uderzyła mnie myśl, że przecież ja się dopiero uczę.
Wiadomo, że w takim razie maszynka, z której będę korzystała, będzie narażona na szybsze zużycie. I że po zakończeniu nauki może się już do niczego nie nadawać, a z tego trymera zaś może nie będę korzystała wcale, bo niewielu jest chętnych na wzory na głowie.
Dlatego właśnie wczoraj wybrałam się do najbliższego sklepu ze sprzętem, zdecydowana kupić pierwszą maszynkę, która spełni moje oczekiwania i będzie kosztowała nie więcej niż 150 zł.
Niestety maszynkom marketowym do profesjonalnych daleko i jak powiedziałam pani, że szukam maszynki bezprzewodowej, z co najmniej ceramicznym, wymiennym ostrzem, do tego lekkiej i poręcznej, to nie bardzo wiedziała, co mi powiedzieć. Więc obniżyłam wymagania maksymalnie, zostałam jedynie przy lekkiej i bezprzewodowej maszynce.
Wybór padł na Remingtona HC5150. Firma, na którą żaden fryzjer by nie spojrzał nawet. Ale przez użytkowników prywatnych bardzo lubiana. Maszynka, którą ostrzygę przyjemnie (i dla mnie i dla klienta) i której nie będzie mi szkoda wyrzucić, gdy się zużyje, gdyż kosztowała niewiele ponad 100zł :)
W dodatku wizualnie bardzo ładna, a przyznaję, że i to miało dla mnie duże znaczenie przy wyborze.
Niby mogłam mieć ją taniej, allegro oferuje różne cuda, ale przynajmniej mogłam ją sobie pooglądać, pomacać i mam ją od ręki, więc w końcu mogę uważać misję zakupu maszynki (trwającą od października jakoś) za wykonaną :)
I jak najbardziej mogę - bez obaw o czyjekolwiek zdrowie i życie - zaprosić panów na strzyżenie moją nowiutką maszynką ;)
A tymczasem udam się do pracy twórczej, gdyż poza obiecanym rysunkiem Amorka, czeka na mnie jeszcze dżungla z origami do zrobienia na dekorację naszego tegorocznego balu przebierańców.
Słoń i tygrys już się do mnie uśmiechają, sami zobaczcie! ;)
A to znaczy, że znalazłam chwilę, by zająć się swoimi włosami i wybrać się na zakupy :)
Z efektu na włosach jestem dumna, w końcu udało mi się uzyskać kolor, który mogę nazwać naprawdę turkusowym.
Teraz zastanawiam się, czy nie dołożyć do tego jeszcze kilku fioletowych pasemek, będzie jeszcze bardziej kolorowo ;)
Jednak najpierw muszę im poprawić formę, bo wciąż nie odżyły po ostatnim rozjaśnianiu i różnica w jakości włosa turkusowego a czerwonego jest niesamowicie widoczna, choćby na tym zdjęciu.
Za to zakupy... z tych już aż tak zadowolona nie jestem. Nie dość, że były mało 'kobiece' - kupowałam maszynkę do strzyżenia i myszkę do komputera, to jeszcze ten pierwszy produkt spełnieniem marzeń nie jest. I choć nie mogę powiedzieć, bym specjalnie żałowała wyboru, to interesu życia nie zrobiłam.
Ale po kolei.
Maszynkę kupić musiałam, bo męskiego też się nauczyć trzeba i też tak klientów przyjmować ;)
Pierwszy mój zakup robiłam zaraz przed rozpoczęciem nauki i wtedy wybrałam najtańszą maszynkę, jaka była na internecie. Kierowałam się myślą, że to tylko na czas nauki i że szkoda inwestować w coś lepszego.
Po pierwszym użyciu zrozumiałam, że jednak maszynka poniżej 50 zł właściwie do strzyżenia się nie nadaje, bo samo utrzymanie jej w ręce to koszmar - duża, ciężka, nieporęczna, więc zaraz wylądowała na dnie szafki i nie zamierzam do niej wracać (za to chętnie oddam za przysłowiową czekoladę, gdyby ktoś chciał zrobić z niej jakiś użytek ;D).
Wtedy właśnie uznałam, że w takim razie kupię porządną, profesjonalną maszynkę, którą będę miała na lata - taka już inwestycja w przyszłą karierę fryzjerską ;)
Marzeniem była wtedy strzyżarka Moser Chrom Style 1871 - świetna firma, model polecany przez fryzjerów, świetne parametry. Tylko ta cena- około 500zł... w przecenie.
Długo byłam zdecydowana zaoszczędzić na nią i móc się chwalić swoim profesjonalizmem, ale w którymś momencie ktoś spytał mnie, czy wzorki też umiem wycinać.
I wtedy zwątpiłam w maszynkę marzeń. Przecież ona nie ma trymera. Kolejny wydatek i to wcale nie mały, bo kolejne 100zł co najmniej.
Zaczęły się kolejne poszukiwania, tym razem maszynki z trymerem w rozsądniejszej cenie. I tu profesjonalny sprzęt nie zawiódł - Tondeo Eco Tribal, maszynka z trymerem i szablonami do wzorków. Cena- trochę ponad 300 zł. I już miałam ją kupić, gdy znowu uderzyła mnie myśl, że przecież ja się dopiero uczę.
Wiadomo, że w takim razie maszynka, z której będę korzystała, będzie narażona na szybsze zużycie. I że po zakończeniu nauki może się już do niczego nie nadawać, a z tego trymera zaś może nie będę korzystała wcale, bo niewielu jest chętnych na wzory na głowie.
Dlatego właśnie wczoraj wybrałam się do najbliższego sklepu ze sprzętem, zdecydowana kupić pierwszą maszynkę, która spełni moje oczekiwania i będzie kosztowała nie więcej niż 150 zł.
Niestety maszynkom marketowym do profesjonalnych daleko i jak powiedziałam pani, że szukam maszynki bezprzewodowej, z co najmniej ceramicznym, wymiennym ostrzem, do tego lekkiej i poręcznej, to nie bardzo wiedziała, co mi powiedzieć. Więc obniżyłam wymagania maksymalnie, zostałam jedynie przy lekkiej i bezprzewodowej maszynce.
Wybór padł na Remingtona HC5150. Firma, na którą żaden fryzjer by nie spojrzał nawet. Ale przez użytkowników prywatnych bardzo lubiana. Maszynka, którą ostrzygę przyjemnie (i dla mnie i dla klienta) i której nie będzie mi szkoda wyrzucić, gdy się zużyje, gdyż kosztowała niewiele ponad 100zł :)
W dodatku wizualnie bardzo ładna, a przyznaję, że i to miało dla mnie duże znaczenie przy wyborze.
Niby mogłam mieć ją taniej, allegro oferuje różne cuda, ale przynajmniej mogłam ją sobie pooglądać, pomacać i mam ją od ręki, więc w końcu mogę uważać misję zakupu maszynki (trwającą od października jakoś) za wykonaną :)
I jak najbardziej mogę - bez obaw o czyjekolwiek zdrowie i życie - zaprosić panów na strzyżenie moją nowiutką maszynką ;)
A tymczasem udam się do pracy twórczej, gdyż poza obiecanym rysunkiem Amorka, czeka na mnie jeszcze dżungla z origami do zrobienia na dekorację naszego tegorocznego balu przebierańców.
Słoń i tygrys już się do mnie uśmiechają, sami zobaczcie! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





