środa, 18 grudnia 2013

Piekielna scenografia :)

Piekielko na wykonczeniu :) az musialam na parapecie stanac, zeby je cale objac ;)
Coz... ja jestem z niego dumna, ciekawe, co powiedza dziewczyny ;D

piątek, 13 grudnia 2013

Piekiełko ;)

Mimo choroby (a może właściwie dzięki niej, bo mam sporo wolnego czasu ;D) i kiepskich warunków przestrzennych od dwóch dni powstaje 'Piekiełko' na jasełka. Pierwsza połowa niemal za mną:


Teraz schnie sobie na balkonie, jutro zamierzam wprowadzić kilka poprawek w cieniowaniu i wziąć się za kolejną część. Przede mną druga część projektu, która będzie się przedstawiała mniej więcej tak:


Roboty przy tym trochę jest. Ale też mnóstwo satysfakcji i... brudu ;D
Wszystko jest z farby - podłoga, meble, ja od stóp po włosy - czyli jak zwykle, gdy coś tworzę xD
Na szczęście zdążę posprzątać przed powrotem matki, bo mogłoby mnie to kosztować życiem ;D

środa, 11 grudnia 2013

'Jestem chory na wszystko'...

Igrałam, igrałam i się doigrałam - wylądowałam na zwolnieniu lekarskim. Akurat teraz, gdy jet tyle do zrobienia... 
I to takie combo chorobowe, bo przecież jak już coś nie idzie, to nie idzie wszystko ^^;
Ale nie, nie próżnuję! Niewiele mi wprawdzie wolno, ale ze sprzątaniem sobie radzę, przynajmniej do świąt będę porządnie przygotowana ;)

Wzięłam się też za czytanie, ale ostatnio nie mogę trafić na powieść, która by mnie pochłonęła, więc co chwila biorę jakąś książkę po to tylko, by zaraz ją odłożyć i sięgnąć po następną.
Za to zaczytuję się podręcznikiem fryzjerstwa, mam nadzieję, że zrozumienie teorii pomoże mi choć trochę w podniesieniu umiejętności praktycznych, bo momentami strasznie tracę wiarę w swoje powołanie, zwłaszcza, gdy wyraźnie widzę, gdzie robię błędy, ale za nic nie mam pomysłu, jak je naprawić. I nie pomaga mi tłumaczenie sobie, że dopiero się uczę i w większości przypadków są to moje  'pierwsze razy'. Przejmuję się i już.
Z kosmetyką też nie odpuszczam, Sylwię to już mogę nazwać stałą klientką - jak nie strzyżenie, to paznokcie jej robię ;D
A ona za to mnie wkręciła w kolejną organizację, niszczącą wolny czas. Na razie mogę się jedynie pochwalić tym, że zostałam zaproszona na spotkanie, na które nie pójdę przez chorobę. Ale następnego już sobie nie odpuszczę i wtedy będę mogła powiedzieć coś więcej na temat tego, czy będę znów działać w mieście ;)

Korzystając też z wolnego czasu, poprosiłam mamę, by mi przyniosła z pracy farby i płótno, by zacząć pracę nad tym piekłem, ale za nic nie wiem, gdzie ja w domu rozłożę taki kawał materiału, trzeba będzie coś pokombinować.  
Ale to dopiero od jutra, dziś jeszcze walczę z programami graficznymi, bo w końcu czemu by się czegoś nie nauczyć, mając trochę wolnego czasu? Chociaż akurat ta nauka mi słabo idzie, zdecydowanie wolę tradycyjną kartkę i ołówek xD

niedziela, 8 grudnia 2013

'i trzymać dystans, zamiast się wikłać'...

To zdanie Ostrowskiego (CKOD) chodzi za mną już od pewnego czasu. Wciąż tyle się dzieje - raz lepszych, raz gorszych sytuacji. A ja w tym wszystkim niekiedy gubię samą siebie, bo jak zwykle zbyt emocjonalnie podchodzę do wszystkiego. I właśnie w tych chwilach powtarzam sobie 'trzymaj dystans, nie wikłaj się jeszcze bardziej', żeby do reszty nie zwariować. A mimo to biorę na siebie kolejne obowiązki.

Tak więc w tym tygodniu znów pomagałam Angeli w angielskim.
Byłam już kosmetyczką i robiłam cioci paznokcie na imprezę.
Byłam też fryzjerką i strzygłam kuzynce końcówki, co to był za stres - moje pierwsze strzyżenie!
A przy okazji nałożyłam fioletową piankę na swoje włosy:


Efekt nie do końca wymarzony, gdyż moje włosy odmówiły rozjaśnienia się na blond i zostały rude, chociaż zapomniałam zmyć rozjaśniacz na czas i przetrzymałam go ponad godzinę.
W międzyczasie poprawiłam tatuaż na stopie (oby tym razem zagoił się jak należy) oraz zaczęłam już świąteczne zakupy i porządki. Może odrobinę szybko, ale wolę sobie robić to malutkimi kroczkami, gdy mam trochę czasu, zamiast potem wszystko naraz, nie wiedząc, w co wsadzić ręce.~
Za to w przedszkolu już po porządkach, szybko się uwinęłyśmy, nawet wystroiłyśmy już razem z Asią pięknie całą naszą salę na święta :)

Przede mną jeszcze jedno z większych wyzwań - przygotowanie scenografii na jasełka. Dostałam materiał 2x3m i mam stworzyć piekło. Będzie z tym zabawy! :)
Ale akurat taką zabawę lubię, bo mimo pewnej niechęci do farb, wszelkie prace plastyczne są moją wielką pasją <3
A to, że ktoś te pasję docenia, jest dla mnie wyjątkowo ważne, dlatego podwójnie cieszę się z tego zadania ;D

środa, 27 listopada 2013

Festiwal Hair Fair & Beauty Fair


Miałam pisać zaraz w niedzielę po powrocie, bo na świeżo to zawsze więcej się pamięta, ale wiadomo - lenistwo ;)
Ale dziś w końcu kilka słów o wrażeniach będzie. Nawet się filmem podzielę z jednego z ciekawszych pokazów moim zdaniem, bo właśnie na niego trafiłam :) 

No to od początku... Wchodzimy i pierwsza myśl to było coś w stylu 'Wow, ile stoisk!', a tym samym - 'ile sprzętu, kosmetyków, wszystkiego'. Mnóstwo oglądania, mnóstwo ulotek, mnóstwo ludzi. Nie wiadomo, gdzie najpierw pójść, na co patrzeć, kogo słuchać. I na co wydać pieniądze ;)

Zakupy w końcu były skromne - dwie pianki koloryzujące widoczne na zdjęciu z biletem. Fioletowa, która chodziła za mną już od dawna i turkusowa, bo nie mogłam się oprzeć ;D


A potem jak już siadłam pod sceną, tak do samego końca siedziałam jak zaczarowana. Chciałam jak najwięcej zapamiętać z pokazów, choć czasami czułam się lekko zagubiona i jakby nie na miejscu. Cóż, jechałam właściwie jako laik, brakło mi wiedzy i zrozumienia dla wielkiego fryzjerstwa. Mimo to doświadczenie jak najbardziej na plus, większość pokazów zachwycająca. Miała być magia, miały być inne światy - wszystko było. To, co można wyczarować na głowie, a do tego cała otoczka- stroje, makijaże, choreografia, itp.- bajka. Sami możecie spojrzeć na pokaz Ducastela:
Byłam urzeczona i jak najbardziej wrócę tam za rok ;D


A dziś z pewną przeuroczą młodą damą bawiłyśmy się na warsztatach z technik rozwoju psychoruchowego metodą Weroniki Sherborne. Docelowo warsztaty były skierowane dla rodziców z dziećmi, ciekawa jestem, co za plotki usłyszę w najbliższym czasie na temat mojego pokrewieństwa z siostrą Mateusza ;)
Ale plotki plotkami, zabawa była świetna. Robienie tunelu i twierdzy z mamami swoich przedszkolaków, czy bycie domkiem lub gniazdkiem - bezcenne doświadczenie ;D a moja partnerka też podobno zadowolona, mam nadzieję, że jeśli będzie jeszcze jakaś okazja, to będę mogła znowu na nią liczyć <3

W tym tygodniu już spokojniej, czeka mnie jeszcze tylko jeden mecz w piątek, a potem weekend. I to nie byle jaki weekend, bo tata przyjeżdża z Niemiec! Będzie na kim poćwiczyć strzyżenie ;D 
I przyznaję - stęskniłam się za nim ;)


czwartek, 21 listopada 2013

Ostatnio tak skupiłam się na innych sprawach, że zupełnie zapomniałam wspomnieć o tym, wokół czego miał się przede wszystkim kręcić blog - o włosach.

A w tym temacie sporo się w tym tygodniu działo ;)
Choćby to, że jeszcze w niedzielę mogłam sobie zapleść takiego warkocza...



 ... a od poniedziałku jest to już znacznie utrudnione, bo moje włosy straciły sporo długości ;D
 Nie są wprawdzie aż tak krótkie, jak planowałam, ale i tak różnica jest przeogromna. I niesamowicie pozytywna, bo zdecydowanie wolę, gdy są krótsze.



A tak wyglądają z przodu:


Zdecydowanie lepiej niż ich właścicielka, która uznała, że robienie zdjęć o piątej nad ranem to bardzo rozsądny pomysł ;D

W sumie to może i miała rację, bo po powrocie z pracy ani nie miała siły ani czasu na fotografowanie resztek fryzury. A wracała późno, bardzo późno... Właściwie dopiero dziś wróciłam na tyle wcześnie, by w ogóle mieć siłę włączyć komputer. 
A wczoraj to już całkiem pobiłam rekord, bo wychodząc z domu o 5.30, wróciłam po 17 godzinach i wcale nie próbuję pokazać światu, że jestem małym robocikiem, tylko chcę się pochwalić, że w międzyczasie zrobiłam swoje pierwsze pasemka ;D
Nie powiem, że to sukces na światową skalę, bo błędy były i są widoczne na włosach, ale dziękuję mojej cierpliwej i wyrozumiałej modelce i mam nadzieję, że pozwoli mi tu na następny raz wkleić zdjęcie efektu (zaraz po tym, jak to zdjęcie wykona i mi prześle xD), żebym miała dowód zbrodni ;)

Dziś miałam robić kolejne, ale klientka się rozchorowała i mogłam się wreszcie wybrać na jakieś zakupy, by spożytkować wypłatę za mecze ;)

Nawiązując jeszcze do pracy, zrobił się ze mnie paskudny pracoholik. 
Zdążyłam już publicznie wyrazić opinię, że 'to, co masz zrobić potem - zrób teraz, a zaraz potem - to, co miałeś zrobić jutro'
Ale to się sprawdza, bo gdy mam zapełnioną każdą chwilę, nie mam czasu pomyśleć o zmęczeniu. I jakoś tak łatwiej jest przetrwać, gdy się nie pamięta, że piątkowy mecz wcale nie jest ostatnim wysiłkiem, bo czeka mnie jeszcze cały weekend szkoły (w tym targi fryzjerskie w Sosnowcu), a potem kolejny, zapewne nie mniej intensywny tydzień :)



niedziela, 17 listopada 2013

Pani Animatorka ;)

No i stało się - zadebiutowałam jako samodzielna animatorka zabaw i na świeżo muszę się podzielić swoimi odczuciami z tego doświadczenia, aby następnym razem móc tu wrócić i przygotować się jeszcze lepiej :) 

Od początku wiedziałam, że wyzwanie jest spore, ale jego prawdziwy ogrom zrozumiałam dopiero na miejscu. Dostałam do dyspozycji całą trybunę, co tylko brzmi przestrzennie, bo do zabawy mieliśmy kawałek podłogi na samym szczycie, aby nie ryzykować spadnięcia ze schodów. 

'Mieliśmy' to trochę złe słowo, bo przez pierwszą tercję nie miałam nic do roboty poza oglądaniem meczu. Nie było nikogo do zabawy, bo dopiero w przerwie została puszczona informacja, że ja tam stoję z tym całym majdanem po to, by się bawić z dziećmi, a nie dlatego, że lubię chodzić z pluszakiem i wielką kolorową chustą na mecze ;)

Dzieci w końcu się pojawiły, a razem z nimi pojawił się pewien problem. Otóż przygotowałam mnóstwo zabaw do mnóstwa piosenek, które miałam nagrane na mnóstwie płyt. Tylko co z tego, skoro nie miałam radia? No nic z tego. Trzeba było śpiewać samemu. 

Więc śpiewałam. 
Dwie tercje i dwie przerwy. I ani kropli wody, bo ochrona nie pozwoliła mi wnieść niczego, a ja nie wpadłam na to, by zakupić cokolwiek w sklepiku na lodowisku. 
Poza tym śpiewam, jak śpiewam - kariery nie zrobię, a wręcz mam wrażenie, że część widowni, jakby mogła, to by mnie na stosie spaliła za mój wokal. A także za to, że pozwalam dzieciom krzyczeć, biegać i szaleć. Ale jak miałam im zabronić, jak wraz z brakiem podkładu muzycznego odpadło mi sporo zabaw i momentami miałam problem, żeby przypomnieć sobie słowa kolejnych piosenek, które możemy odśpiewać.
Niekiedy musiałam mocno improwizować i w tym miejscu sprawdziła mi się chusta animacyjna, jestem pewna, że będzie stałym rekwizytem :)

Oprócz chusty planuję następnym razem przygotować również pachołki, obręcze, szarfy... wszystko, co się przyda w zawodach sportowych! Z tego, co się zdążyłam zorientować, na mecze przychodzą zwykle te same dzieci, bo w większości się znały, a do tego mam kilku młodych hokeistów, którzy zabawy ze śpiewaniem uznali za 'dziecinne' i bardzo chcieli się popisać tym, jacy to są wysportowani. A że jestem tam przede wszystkim dla nich, to zamierzam sprostać oczekiwaniom ;)

Ogólne wrażenia?
Łatwo nie będzie. Ale spodziewałam się tego, więc mimo kilku wpadek, braku głosu i ogólnego zmęczenia, chcę być jak najlepszej myśli i już się nie mogę doczekać następnego meczu. Dodatkową motywacją było usłyszenie od dzieci, że 'pani jest fajna', a od rodziców, że cieszą się z tej 'super inicjatywy' :)
Chociaż decyzja, czy się nadaję oczywiście nie należy ani do mnie ani do dzieci i ich rodziców, więc jeszcze się okaże, czy nie napalam się teraz zbyt szybko ;D


A na zakończenie mogę dodać tylko, że gorąca kąpiel i lampka wina to idealne zakończenie tygodnia pełnego wrażeń i udać się do łóżka na zasłużony (tak myślę!) odpoczynek ;D

sobota, 16 listopada 2013

Warsztaty muzyczne.


Uff, pierwszy ciężki tydzień niemal za mną, jeszcze został mi stres związany z jutrzejszym meczem.
Właściwie powinnam podejść do tego spokojnie, bo przecież to nie jest nic innego, niż wykonuję na co dzień w pracy - opieka nad dziećmi, organizowanie zabaw i zapewnienie im przyjemnie spędzonego czasu.
Właściwie. A tak szczerze, to denerwuję się bardzo, bo co innego grupa, którą mam na co dzień i przy której tylko pomaga nauczycielowi, a co innego grupa zupełnie mi (i sobie) obcych dzieci w całości zdana na mnie.

Ale stres trzeba upchnąć gdzieś w kieszeni, najlepiej zamykanej, żeby nie wypadł przypadkiem w nieodpowiednim momencie i przygotować jakiś plan.
Bo coś z tymi dziećmi robić trzeba, a samo 'bawić się' okazuje się zwykle wyjątkowo trudne w praktyce.

Oczywiście zamierzam korzystać z ulubionych zabaw nauczonych w przedszkolu i przećwiczonych setki razy na zajęciach. Ale chciałabym też wypróbować coś nowego.
Coś, czego nauczyłam się wczoraj na warsztatach.

I choć osobiście nie cierpię się uczyć niczego, co ma dopisek 'muzyczne', jestem zmuszona stwierdzić, że wczorajszych nie mogłam się doczekać. Głównie przez ten mecz, bo jak zwykle ambicja nie pozwala mi na zastosowanie sztampowych zabaw dziecięcych, ale też dlatego, że dawno na żadnych warsztatach nie byłam i brakowało mi już powiewu świeżej wiedzy.
Temat warsztatów to '7 pieśni tradycyjnych w 17 zabawach' organizowane przez CKiRD KOLOROWO.
Pieśni nasze, polskie, tradycyjne, więc mniej lub bardziej znane każdemu. Zabawy do tego? Banalnie proste, a przy tym tak ciekawe, że aż się chciało bawić. I się bawiłyśmy, bo nie było mowy o siedzeniu w miejscu, wszystkiego trzeba było spróbować. Miałyśmy szansę się i wygimnastykować i wyciszyć, a przy tym i popłakać kilka razy (oczywiście ze śmiechu!).

Tak więc wracałam do domu wykończona, niestety cały tydzień na najwyższych obrotach porządnie dał mi się odczuć fizycznie, ale za to zachwycona i pełna pomysłów na jutro.
Po drodze zgarnęłam jeszcze chustę animacyjną, żeby było nie tylko wesoło, ale i kolorowo i chociaż wiem, że jedyne, co się może nie udać, to... wynik meczu naszym hokeistom, i tak czuję presję ;D


wtorek, 12 listopada 2013

Plany, plany, plany... :)

Planów dużo, czasu mało, szykują się zmiany, czeka mnie trochę nauki, trochę zmęczenia, mnóstwo pracy i radości z tego wszystkiego :)
Ale po kolei...

Skoro już znalazłam kolor, któremu obiecałam wierność (na jakiś czas, bo przyznaję, kuszą mnie strasznie kolejne eksperymenty kolorystyczne), to pora na zmianę fryzury ;)
Niby podobają mi się długie włosy i niby zapuszczam, ale topornie mi to idzie i wcale nie czuję specjalnie dobrze w takim wydaniu, więc uznałam, że pora przestać się męczyć i umówiłam się na strzyżenie.

Swój typ już mam, obecnie zachwycam się tą fryzurą:


Choć pewnie do poniedziałku zmienię zdanie jeszcze kilkaset razy ;D

Do tego jutro planuję wzbogacić swoje ucho o kolejny kolczyk, a we wtorek czeka mnie poprawka tatuażu, bo już patrzeć na swoją stopę nie mogę :)
Zaplanowanych zmian pełno jak na jeden tydzień, ale muszę przyznać, że gdyby mi środki pozwoliły, to pokusiłabym się o jeszcze więcej modyfikacji.

Niestety (dla portfela!) przede mną jeszcze warsztaty muzyczno-plastyczne i wyjazd na targi fryzjersko-kosmetyczne, więc z pewnych wydatków muszę zrezygnować póki co :)
Choć oczywiście wcale nie narzekam, jestem podekscytowana obydwoma wydarzeniami!

Pierwszym, bo liczę, że przyda mi się w realizacji wyzwania, którego się podjęłam i które najprawdopodobniej zaczynam realizować w najbliższą niedzielę - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zostanę animatorką zabaw dla dzieci w czasie meczy hokejowych :)

A drugim, wiadomo - bo szkoła ;)

W międzyczasie planuję jeszcze odwiedzić Bielsko, wybrać się na co najmniej dwa koncerty, nauczyć się strzyżenia damskiego na co najmniej dwóch ofiarach, zrobić trzem kolejnym pasemka, pomóc w nauce...
a jak czasu starczy, to i przeczytać kilka książek :)

Tyle planów! Po raz kolejny biorę na siebie tyle spraw, angażuję się za trzech, a potem pewnie będę narzekać temu mojemu biednemu mężczyźnie, że zmęczona, że nie mam siły ani czas... A na koniec i tak znajdę jeszcze parę zajęć, w które mogłabym się zaangażować ;D

sobota, 9 listopada 2013

Odżywka My Color Reflex


Pogoda za oknem nie zachęca do jakiegokolwiek działania, więc wreszcie udało mi się wygospodarować chwilę, by podzielić się swoją opinią o produkcie, którego efektem na swoich włosach zachwycałam się tydzień temu.



Przypominając - w niedzielę, zaraz po nałożeniu włosy miały zachwycający kolor, były błyszczące, miękkie... fantastyczne. 


Zastanawiała mnie jedynie trwałość koloru na włosach. Następnego dnia włosy myłam pełna obaw, co do tego, jak będę wyglądała po wysuszeniu, bo czerwień spływała obficie z włosów razem z wodą. Ale martwiłam się niepotrzebnie. Dalej było świetnie.


I tak aż do czwartku. Na moje licząc - 5 myć włosów, bo przyznaję, że zdarza mi się je myć dwa razy dziennie - codzienne mycie rano oraz co kilka dni wieczorem, w celu nałożenia maski. W piątek rano, po szóstym myciu, wyglądały już tak.


Dalej czerwone, ale już nie ta intensywność, nie ten blask i widać było, że przydałoby się odświeżyć kolor. 

No to odrobina faktów i ocena:
My Color Reflex (Artego) 200 ml - 34,90 zł;
Gama kolorystyczna: 15 kolorów;
Opis producenta do odcienia Rubinowa Czerwień: 'nadaje refleks rubinowej czerwieni na włosach o tonacji od brązu do bardzo jasnego blondu; dotyczy to włosów naturalnych jak i farbowanych.';
Sposób użycia: nakładanie na wilgotne włosy i pozostawienie na 15 minut - banalne;
Trwałość: około 5-6 myć;
Wydajność: po dwóch nałożeniach na moją długość włosów wciąż mam ponad połowę, więc liczę, że starczy mi co najmniej na miesiąc;
Zniszczenie włosa: żadne. To jest odżywka, mająca na celu zwiększenie intensywność koloru, więc nie zawiera ani kropli amoniaku czy nadtlenku wodoru.

Ciekawostką jest to, że można stosować wedle uznania - bezpośrednio na włosy, nawet przy codziennej pielęgnacji włosa (nałożenie na około 5 minut) lub rzadziej, tak jak ja (około raz w tygodniu do 15 minut), a nawet dołożyć do farby, w celu zwiększenia jej wydajności.

Myślę, że nie trzeba dodawać, iż produktem jestem jak najbardziej zachwycona i zamierzam zostać z nim na dłużej :)

niedziela, 3 listopada 2013

'Chcę... czerwieni, czerwieni, czerwieni która wrzeszczy!'


No właśnie. Tak jak Ostrowski chciał czerwieni w swojej piosence, tak i ja od jakiegoś czasu mocno walczę o nią na swoich włosach. 
Z różnym skutkiem. A że czerwony wypłukuje się dość szybko, to w ciągu kilku tygodni miałam szansę przetestować kilka odcieni i sposobów uzyskiwania go.



O takiej czerwieni nawet nie marzyłam tym razem, bo do tego trzeba sporo zabawy - najpierw rozjaśnianie do blondu (a więc i maksymalne niszczenie włosów), a następnie nakładanie tonerów, które wprawdzie włosów (teoretycznie) nie niszczą, to wannę mamie już tak, bo wymycie z niej koloru do najprostszych nie należy xD
A z wymywaniem koloru z włosów bywa różnie. W zależności od firmy czerwony toner trzyma się od 2-3 tygodnie na włosach, stopniowo wypłukując się do pięknego pomarańczu. Efekt ze zdjęć zawdzięczam akurat tonerowi firmy Fast Colours, mojemu ulubieńcowi :)






Tym razem jednak użyłam farb dostępnych w drogeriach.  Dwóch różnych.
Najpierw nowości - Garnier Olia, której efekt całkiem pozytywnie mnie zaskoczył, bo nakładałam farbę na dość ciemną bazę, a mimo to farba chwyciła całość już przy pierwszym farbowaniu z takim skutkiem:



Do koloru marzeń daleko mu było, więc, gdy tylko kolor zbladł, postanowiłam pokombinować z inną marką. Padło na Marion. I to był błąd. Z tą marką miałam różne doświadczenia, a mimo to się skusiłam. Powód? Miałam świadomość, że farba trzyma wyjątkowo krótko (chociaż producent zarzeka się, że jest to koloryzacja trwała), więc stwierdziłam, że mogę zaryzykować. Wyszły ciemniejsze niż poprzednio i mniej czerwone. A po tygodniu wyglądały już tak:

Rudo-brązowe.

Nie tego chciałam, bardzo nie tego. 
Więc wykorzystałam przyjazd taty i kazałam się wywieźć do hurtowni fryzjerskiej, w celu zakupienia kilku drobiazgów do szkoły i czegoś czerwonego na głowę. Długo się wahałam między tonerem a farbą. Ostatecznie jednak nie wybrałam żadnej z tych dwóch opcji.

Lata temu trafiłam na odżywkę poprawiającą kolor. Wtedy to była tragedia, ale ostatnio czytałam sporo pozytywnych opinii na temat odżywek z pigmentami. Uznałam 'raz się żyje!' i zaopatrzyłam się w My color Reflex od Artego.
Instrukcja twierdzi, że należy nałożyć 'bezpośrednio na włosy i rozprowadzić równomiernie grzebieniem'. Nie polecam. Załóżcie rękawiczki i wmasujcie preparat we włosy, będzie dokładniej.
A efekt?



Zachwycający. Zdjęcie jest robione w takich samych warunkach świetlnych jak poprzednie.
Włosy zgodnie z obietnicą producenta mają piękne czerwone refleksy, są miękkie, odżywione - czego chcieć więcej?
Ano trwałości.
Zaraz po zrobieniu efekt jest piorunujący, ale jak długo się utrzyma? To jest odżywka, więc w założeniu produkt do codziennego stosowania. W takim przypadku kolor i stan włosa zawsze idealny, ale finansowo może zrujnować. Ja zamierzam porównać efekt dzisiejszy z tym, co zostanie mi za tydzień na głowie.
I jeśli utrzyma się choć odrobina czerwonych refleksów, to jestem gotowa pokochać ten produkt i na stałe się z nim związać.


Bo jak tu nie kochać takiego efektu na włosach? ;D

czwartek, 31 października 2013

Bu!

-'...no, a kto to w takim razie jest ten artysta?'
-'Pani Beatka!'

I tak oto wszystko wyszło na jaw. Wystarczy przekazać dzieciakom odrobinę pasji, jaką może być sztuka i już jest się dla nich wielkim artystą :)
Przyznam, że czuję się mile połechtana tym określeniem. A i zaangażowanie w moje zajęcia kółka artystycznego daje mnóstwo satysfakcji. Aż chce mi się starać i wymyślać coraz to nowe twórcze zadania dla moich przedszkolaków ;D


Jednak wychodząc na chwilę z pracy- bo w końcu mogę powiedzieć, że mam weekend (w dodatku długi!) i do tego mamy dość specjalny dzień- się pochwalę trochę inną 'sztuką', tematyczną na dziś:






W takim stanie spędziłam halloweenową imprezę (odrobinę przedwcześnie, bo w poprzedni weekend xD). Inspiracja dość oczywista, choć widocznie doskwierał wszystkim brak rowerka, bo wciąż zwracano mi na to uwagę ;D
Ale przebranie zaliczone, impreza też, więc dziś spędzam wieczór spokojnie, choć wciąż w klimacie - krwiście, nietoperzowo i z mnóstwem horrorów w towarzystwie pewnego przystojnego pana, co by się nie bać za bardzo ! ;)

niedziela, 27 października 2013

Sowa :)

 'Cześć, jestem skończona i wygląda na to, że Angelika mnie polubiła' - tak twierdzi Sowa ;D
 A Angela postanowiła ją zabrać ze sobą i kochać mocno, więc chyba słowa Sowy potwierdza! :)

Sowa w bałaganie wygląda tak:
I to nie tak, że ja lubię bałagany (chociaż może to tak wyglądać, bo ciągle ja mam xD), ale chciałam pokazać jej rozmiar w porównaniu z przedmiotami codziennego użytku :3

środa, 23 października 2013

Cięcie i... szycie!

A u mnie się takie bałagany dzieją ostatnio!
Bo ostatnio nożyczki służą mi nie tylko do strzyżenia, a też do walki z przeróżnymi materiałami :)


A że Gruby dzielnie nadzoruję pracę, to już widać koniec. W końcu obiecana przyjaciółce sowa nabiera kształtów!


Jak wrócę z tańców ( a walczę dziś z pole dance ) i będę żywa, to dokończę dzieła tak, aby na jutro było gotowe. Ciekawe, czy się spodoba ;)

niedziela, 20 października 2013

Maszynki w dłoń i do boju!


'Nigdy nie trzymałaś maszynki w rękach?'
'No nie...'
'To odłóż to, dziewczyno, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz!'

Ok, no to już wiem, że moja maszynka do strzyżenia się nie nadaje, chociaż w teorii do tego jest przeznaczona. Cóż, jej cena mogła mi to zasugerować, ale nie myślałam, że będzie aż tak źle.  
Ale z pomocą profesjonalnej maszynki udało mi się ogarnąć moje pierwsze męskie strzyżenie i to bez strat w ludziach (ani w częściach ciała)! Chociaż mam wrażenie, że model nie wyszedł zbyt zadowolony, spodziewał się, że mu dłuższe boki zostawię. Za błąd przepraszam, mam trochę inną miarę w głowie niż ta...


Poza tym prostowanie i teoria, duuużo teorii. 
Ale teorii ciekawej i przydatnej.
W tym pisemny sprawdzian z zajęć praktycznych, czyli 'jak myć głowę' w punktach. Niby śmiesznie łatwe i niby oczywiste, ale wcale niekoniecznie. Sama mam obawy, co do swojej oceny z tego ;)

Za tydzień biorę na fotel modelkę i walczymy z ombre, a tymczasem ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć! 

Mycie, suszenie, modelowanie... po raz kolejny brzmi śmiesznie łatwo? Jednego się już nauczyłam celująco - w tym zawodzie nic nie jest banalne i wymaga mnóstwo wprawy.

piątek, 18 października 2013




Nie minęły dwa tygodnie, a mnie dopadło kolejne choróbsko. Więc siedzę sobie pod kocykiem, popijając pyszną herbatkę z cytrynką i...
trenuję trzymanie nożyczek.

Od ostatniego zjazdu miałam wyćwiczyć sobie nadgarstek, upłynnić ruchy i w ogóle powalić panią profesor moją zajebistością w obsłudze nożyczek. Miałam.
Ale jak to zwykle z zapałem do samodzielnej pracy bywa - po dwóch minutach mi się znudziło machanie paluchami, uznałam, że 'mam czas', nożyczki rzuciłam w kąt i dopiero widmo zbliżającego się pierwszego strzyżenia zmusiło mnie do chwycenia za sprzęt i  cięcie, cięcie, cięcie!

I jedno mogę powiedzieć na pewno... to, co do tej pory szumnie nazywałam zdolnościami manualnymi i nienajgorszym cięciem nijak się ma do STRZYŻENIA, tego prawdziwego. Trzymanie nożyczek, pozycja nadgarstka i te wszystkie akrobacje nożyczkami - nie mogę się pochwalić wrodzonym talentem (o ile ktokolwiek może, toż to jest nieziemsko trudne!), więc czeka mnie miliard czasu ćwiczeń.

Nie, żeby to było nie do ogarnięcia, ale mam sobie za złe, że nie zapieprzałam jak głupia, odkąd tylko wyszłam z pierwszych zajęć!
Cóż, pora nadrabiać.


Więc...
nożyczki w dłoń i machaj, machaj, przyszła pani fryzjer!
<3