sobota, 26 lipca 2014

Praktyki - podsumowanie tygodnia.

Właściwie chciałam pisać na bieżąco, każdego dnia opisując, co akurat robiłam, ale niestety po powrocie byłam zbyt zmęczona, by cokolwiek pisać.
Dlatego też uznałam, że jak opiszę wszystko razem, to też nie będzie źle, przynajmniej będę miała to w kupie ;D
Choć nie sądzę, by komukolwiek chciało się tyle tego czytać xD

O pierwszym dniu było poprzednio, więc tylko szybciutkie przypomnienie - strzyżenie mamy, czesanie Lily, w międzyczasie podglądywanie profesjonalistki przy pracy ;)

We wtorek miał wpaść kolega na strzyżenie, ale coś mu wypadło w pracy, więc przerzuciliśmy go na środę, a ja prawie cały dzień poświęciłam Lily i zakładowej główce :)
W efekcie u Lily powstał kok hiszpański z warkoczami z czterech pasm po obu stronach głowy (czego niestety nie widać na zdjęciu, mój telefon fatalnie się spisał tego dnia).








Natomiast główce z zakładu zakręciłam włosy na szczotce. Pierwszy raz robiłam coś takiego i przyznaję, że po takim modelowaniu przez dwa dni mnie potem nadgarstek bolał od trzymania szczotki xD



Ale czasu na ból nie było, bo na środę miałam umówione dwa strzyżenia męskie i trzeba było znowu machać nadgarstkiem, tym razem trzymając grzebień ;)
Przy pierwszym strzyżeniu pobiłam rekord czasowy, zajęło mi godzinę xD 
I nie było zbyt wiele do poprawy, zostałam pochwalona i nabrałam tyle pewności siebie, że nie mogłam się doczekać kolejnego modela.
Tylko tym razem niestety nie szło mi aż tak dobrze. I choć zdawałam sobie sprawę, że strzyżenie na irokeza wymaga więcej wprawy niż klasyczne, to cała wiara w siebie wyparowała i kompletnie się poddałam, tu już narobiłam błędów, Anetka poprawiła całkiem sporo.
I choć i tak zostałam na koniec pochwalona, to jednak pozostaje ta przykra świadomość, że poszło nie tak.
No i ta maszynka... serio, zdecydowanie wolę robić całe cieniowanie nożyczkami niż brać do ręki maszynkę, nie umiem jej wyczuć. Tak, tak, niby banalne, ale jednak nie dla mnie xD

W każdym razie obaj panowie wyszli raczej zadowoleni i obaj zapewnili, że nie wymaga to zgolenia się na łyso i mogą tak chodzić. Mam nadzieję, że nie oszukali i jak ich przypadkiem spotkam na ulicy, to nie zobaczę łysinek ;D

W czwartek fizycznie dawałam jeszcze radę, ale psychicznie już zawodziłam, więc jak mi się modelka rozsiadła na fotelu i powiedziała 'rób, co chcesz', to kompletnie nie miałam na nią pomysłu. Najpierw próbowałam modelować w ten sam sposób, co główkę poprzednio, ale włosy się nie chciały kręcić. Więc w ruch poszły jakieś warkocze, jakieś plątańce, jakieś nie wiadomo co - nic konkretnego, co nadawałoby się, by ją tak wypuścić z zakładu. Wyszła w końcu po trzech godzinach z pseudoirokezem (mój kolejny 'pierwszy raz' w wykonywaniu) i dwoma wywijanymi do spodu warkoczami. Niestety nie miałam czym uwiecznić efektu, więc zdjęcia nie będzie. 

W piątek za to sytuacja się odwróciła, bo fizycznie padałam (kto chodzi biegać po czterech dniach spędzania 5 godzin dziennie ciągle na stojąco?), za to motywację miałam sporą, bo to już nie była tylko moja modelka, ale też klientka zakładu, płacąca za wykonywaną przeze mnie usługę - odnowę biologiczną
Duże wyzwanie, bo skoro ktoś płaci, to wymaga profesjonalnej obsługi, dlatego starać się trzeba było jeszcze bardziej, zwłaszcza, że znów dopiero uczyłam się zabiegu.
No to się starałam, tym razem też poświęciłam 3 godziny jednej osobie, ale było warto, gdyż jeszcze po powrocie do domu dziewczyna pisała mi, że się nie może nacieszyć włosami, ich nową jakością ;)
Może ja mniej zadowolona wróciłam, bo modelowanie nie wyszło mi tak jak powinno, choć z całych sił starałam się to opanować. Chyba bardzo się rzucało w oczy, że momentami sobie nie radzę, bo pozostałe klientki na salonie dziwnie zerkały w moją stronę xD

W każdym razie po raz kolejny baaaaaardzo serdecznie dziękuję za chęć pomocy i wizytę na zakładzie wszystkim moim modelom. Oraz za cierpliwość, bo tę podziwiała nawet Anetka, która nadzorowała moje praktyki ;D

Po całym tygodniu niezbędny był masaż, ponieważ nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku barki i plecy bolały nieziemsko. Ale tym zajął się mój Mateusz i choć odczuwam coś na kształt zakwasów, to mogę już swobodnie ruszać rękami xD
Pozostał ból nóg, co przy wizji jutrzejszego dnia spędzonego w pociągu mnie lekko przeraża, ale chyba dam radę to znieść, w końcu czekamy na ten wyjazd już od kwietnia.
Taak, to już jutro wieczorem zobaczymy z Matim Hugh Lauriego na żywo, znanego bardziej jako Dr House ;)
Tym razem jednak nie będzie nikogo leczył, a śpiewał dla nas <3
Jeśli Mati się nie rozmyśli z brania kamery, to pewnie po powrocie pochwalę się jego relacją z wyjazdu ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz