niedziela, 3 listopada 2013

'Chcę... czerwieni, czerwieni, czerwieni która wrzeszczy!'


No właśnie. Tak jak Ostrowski chciał czerwieni w swojej piosence, tak i ja od jakiegoś czasu mocno walczę o nią na swoich włosach. 
Z różnym skutkiem. A że czerwony wypłukuje się dość szybko, to w ciągu kilku tygodni miałam szansę przetestować kilka odcieni i sposobów uzyskiwania go.



O takiej czerwieni nawet nie marzyłam tym razem, bo do tego trzeba sporo zabawy - najpierw rozjaśnianie do blondu (a więc i maksymalne niszczenie włosów), a następnie nakładanie tonerów, które wprawdzie włosów (teoretycznie) nie niszczą, to wannę mamie już tak, bo wymycie z niej koloru do najprostszych nie należy xD
A z wymywaniem koloru z włosów bywa różnie. W zależności od firmy czerwony toner trzyma się od 2-3 tygodnie na włosach, stopniowo wypłukując się do pięknego pomarańczu. Efekt ze zdjęć zawdzięczam akurat tonerowi firmy Fast Colours, mojemu ulubieńcowi :)






Tym razem jednak użyłam farb dostępnych w drogeriach.  Dwóch różnych.
Najpierw nowości - Garnier Olia, której efekt całkiem pozytywnie mnie zaskoczył, bo nakładałam farbę na dość ciemną bazę, a mimo to farba chwyciła całość już przy pierwszym farbowaniu z takim skutkiem:



Do koloru marzeń daleko mu było, więc, gdy tylko kolor zbladł, postanowiłam pokombinować z inną marką. Padło na Marion. I to był błąd. Z tą marką miałam różne doświadczenia, a mimo to się skusiłam. Powód? Miałam świadomość, że farba trzyma wyjątkowo krótko (chociaż producent zarzeka się, że jest to koloryzacja trwała), więc stwierdziłam, że mogę zaryzykować. Wyszły ciemniejsze niż poprzednio i mniej czerwone. A po tygodniu wyglądały już tak:

Rudo-brązowe.

Nie tego chciałam, bardzo nie tego. 
Więc wykorzystałam przyjazd taty i kazałam się wywieźć do hurtowni fryzjerskiej, w celu zakupienia kilku drobiazgów do szkoły i czegoś czerwonego na głowę. Długo się wahałam między tonerem a farbą. Ostatecznie jednak nie wybrałam żadnej z tych dwóch opcji.

Lata temu trafiłam na odżywkę poprawiającą kolor. Wtedy to była tragedia, ale ostatnio czytałam sporo pozytywnych opinii na temat odżywek z pigmentami. Uznałam 'raz się żyje!' i zaopatrzyłam się w My color Reflex od Artego.
Instrukcja twierdzi, że należy nałożyć 'bezpośrednio na włosy i rozprowadzić równomiernie grzebieniem'. Nie polecam. Załóżcie rękawiczki i wmasujcie preparat we włosy, będzie dokładniej.
A efekt?



Zachwycający. Zdjęcie jest robione w takich samych warunkach świetlnych jak poprzednie.
Włosy zgodnie z obietnicą producenta mają piękne czerwone refleksy, są miękkie, odżywione - czego chcieć więcej?
Ano trwałości.
Zaraz po zrobieniu efekt jest piorunujący, ale jak długo się utrzyma? To jest odżywka, więc w założeniu produkt do codziennego stosowania. W takim przypadku kolor i stan włosa zawsze idealny, ale finansowo może zrujnować. Ja zamierzam porównać efekt dzisiejszy z tym, co zostanie mi za tydzień na głowie.
I jeśli utrzyma się choć odrobina czerwonych refleksów, to jestem gotowa pokochać ten produkt i na stałe się z nim związać.


Bo jak tu nie kochać takiego efektu na włosach? ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz